piątek, 22 stycznia 2010

Jestem nowym człowiekiem!



Ef 2, 13-16

Teraz w Chrystusie Jezusie wy, którzy niegdyś byliście daleko, staliście się bliscy przez krew Chrystusa. On bowiem jest naszym pokojem. On, który obie części ludzkości uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur - wrogość. W swym ciele pozbawił On mocy Prawo przykazań, wyrażone w zarządzeniach, aby z dwóch rodzajów ludzi stworzyć w sobie jednego nowego człowieka, wprowadzając pokój, i w ten sposób jednych, jak i drugich znów pojednać z Bogiem, w jednym Ciele przez krzyż, w sobie zadawszy śmierć wrogości.

Bliski z Bogiem przez krew Chrystusa. Wielka cena! Panie, dziękuję Ci!


ze strony www.krewchrystusa.pl - warte przeczytania

Żyć Słowem Bożym / Metoda rozważania

Czym w ogóle jest rozważanie?

Rozważanie jest najbardziej osobistą modlitwą, która najlepiej pomaga nam w zjednoczeniu naszego życia z Panem Bogiem. Jest czymś więcej niż zaliczeniem pewnych modlitw. Rozważanie to znaczy: biorę Pismo święte lub inny dobry tekst albo nawet jakiś moment z mojego życia (to co przeżyłem, widziałem albo słyszałem) – i patrzę na to razem z Panem Bogiem. Przyjmuję ten tekst jako słowo powiedziane dzisiaj do mnie, jako zaproszenie, wezwanie, które kieruje do mnie Pan Bóg.
To jest istota rozmyślania: rozważać życie albo teksty, prawdy albo osoby w obecności Pana Boga i łączyć z tym własne życie, dać na to odpowiedź.
Jeżeli malarz maluje duży obraz, nad którym ślęczy z pędzlem, patrząc na niego z bliska, to musi od czasu do czasu odejść kilka kroków, aby popatrzeć z oddali i zobaczyć obraz w całości. To właśnie robimy, gdy się modlimy: oddalamy się na kilka kroków od tego dnia, od różnych sytuacji i ludzi i razem z Panem Bogiem patrzymy na to jeszcze raz, aby widzieć to lepiej w całości, z dystansem – przez modlitwę, przez rozważanie...
Takiego rozważania każdy potrzebuje codziennie – nieważne, czy trwa pięć minut, czy pół godziny.

Jaki sens ma wspólne rozważanie Pisma świętego?

Wspólne rozważanie Pisma świętego to jedna z wielu możliwości spotkania z Jezusem. Każdy, kto z wiarą i miłością słucha lub czyta Słowo Boże, może spotkać Jezusa. Jednak wspólne rozważanie stwarza większą szansę na doświadczenie Jego bliskości, ponieważ wtedy jest On też obecny dzięki wspólnocie zebranych w Jego Imię (Mt 18, 20). On sam poprzez światło swej obecności wyjaśnia słowa Pisma świętego i skłania nas do działania. “Jezus pośrodku” jest sensem, celem i radością autentycznego wspólnego rozważania, rozpoczęciem życia w wieczności, doświadczaniem żywej Krwi Jezusa Chrystusa już na tej ziemi.

Jak wygląda takie wspólne rozważanie Słowa Bożego w grupie według metody Dzieła OFS?

Najpierw pojednanie
Bardzo ważne jest utworzenie przed wspólnym rozważaniem odpowiednich stosunków między uczestnikami. Nie można rozpocząć rozważania, dopóki wszyscy nie są pojednani, dopóki nie zapanuje prawdziwa braterska miłość (J 15, 12).
Prośba o pomoc Ducha Świętego Modlitwa rozpoczynająca, odmawiana przez animatora grupy, powinna przypominać uczestnikom, że mają się wewnętrznie wyciszyć i przygotować do przyjęcia tego, co Bóg poprzez rozważanie chce im powiedzieć. Następnie animator prosi jedną osobę z grupy, aby przeczytała wybrany wcześniej tekst – zazwyczaj Ewangelię z najbliższej niedzieli. Jeszcze przed rozpoczęciem rozważania wszyscy uczestnicy szukają w Piśmie świętym fragmentu do rozważania. Podczas gdy jedna osoba czyta, pozostali nie śledzą tekstu wzrokiem, lecz uważnie słuchają.
Szukanie woli Bożej w milczeniu Pierwsza część rozważania ma być szukaniem woli Bożej. Po przeczytaniu tekstu każdy rozmyśla nad nim w ciszy. Nad zdaniem, które najbardziej przemawia do serca, zastanawia się dłużej. W cichości ducha pyta: “Panie, co chcesz mi powiedzieć dzisiaj?” Nie chodzi więc o przeszłość, nie jest też w tym momencie ważne to, co wydarzy się później. Nie powinno nas interesować także ogólne znaczenie tego zdania albo to, jakie zadania wynikają z niego dla innych. W tej pierwszej ciszy chodzi o to, czego Bóg oczekuje ode mnie osobiście. W znalezieniu woli Bożej mogą pomóc następujące pytania:

a) za co powinienem szczególnie dziękować, co zaprasza do adoracji i uwielbienia Boga?
b) za co powinienem przeprosić, co zmienić w swoim życiu?
c) w jakiej intencji powinienem prosić: dla innych – dla samego siebie?

Jeśli powstają pytania albo jeśli napotyka się na niejasne miejsce, można przyjąć, że Bóg w danej chwili nie chce nic przez to powiedzieć. Można więc opuścić niejasne miejsca w tekście i pozostawić je do późniejszego wyjaśnienia. Nie chodzi również o to, by w każdym rozważaniu odkrywać nowe myśli. Rozważanie potrzebuje powtórzenia, powtórzenie wymaga cierpliwości, a cierpliwość jest szczególnym znakiem miłości. Wystarczy zdawać sobie sprawę z tego, że obecny jest Bóg...
Dzielenie się
Jeśli całe rozważanie ma trwać około 30 minut, to mniej więcej po 10 minutach animator zaprasza do drugiej części – do wymiany. Z pomocą jakiegoś znaku – spojrzenia albo słowa – animator prosi uczestników o podzielenie się tym, co przeżyli podczas tego momentu ciszy. Uczestniczący podarowują swoje osobiste wrażenia i “odkrycia” innym. W tym czasie każdy stara się odsunąć swoje osobiste myśli i uczucia, by całkowicie otworzyć się na to, co Jezus chce mu powiedzieć przez bliźniego. Wypowiedzi są dobrowolne, każdy musi być wolny. Jeśli ktoś nie może nic powiedzieć, ma okazję, by podarować także to, że jest w tej chwili “pusty”. Wartość wypowiedzi nie zależy bowiem od jej długości, lecz od miłości, z jaką została podarowana. Dobrze jest wypowiadać się krótko. Jest to szczególnie ważne, gdyż inni, którzy jeszcze nie mają odwagi mówić, mogą się jeszcze bardziej zniechęcić przez długie wypowiedzi innych. Każdy może wypowiedzieć to, co przeżywa, i tak, jak przeżywa. Głos zabiera się tylko raz. Nikt nie komentuje wypowiedzi innych nawet wtedy, gdy ktoś wyraźnie czegoś nie zrozumiał. Pytania i problemy można przedyskutować po rozważaniu.
Modlitwa spontaniczna
Po wymianie nadchodzi kolej na trzecią część – na modlitwę spontaniczną w intencjach osobistych, Kościoła i świata. Znowu panuje cisza. W tej ciszy uczestniczący modlą się głośno w spontanicznej kolejności. W modlitwie dają odpowiedź na to, co otrzymali. Może to być modlitwa dziękczynna, prośba, modlitwa pochwalna, wyznająca żal... wszystko, co odczuwamy. Podczas gdy jedna osoba się modli, inni pozostawiają swoje modlitwy, by całkowicie zjednoczyć się z drugim. Wiemy przecież, jak dużą wartość ma jednomyślna modlitwa (Mt 18, 19). W tej modlitwie każdy może zabrać głos więcej razy. Animator kończy rozważanie, mówiąc “Chwała Ojcu...”.
Możliwość dyskusji po rozważaniu
Po modlitwie można wyjaśnić to, co nie zostało zrozumiane. Samo rozważanie nie może stać się dyskusją. Oczywiście, rozmowa na temat wiary może być bardzo wartościowa, ale rozważanie to cos innego: czytamy tekst natchniony i dajemy się porwać jego wymowie. Rozważanie jest modlitwą, a więc rozmową z Bogiem (nie między sobą).
Rozważanie Pisma świętego, gdy brakuje grupy
W rozważaniu przede wszystkim Pan Bóg ma mieć “głos”. On mówi przez tekst Pisma świętego w naszym sercu albo przez brata. Odpowiada się najpierw Bogu w ciszy, potem głośno wypowiadając się, a następnie w modlitwie. Rozważając wspólnie Pismo święte, człowiek uczy się więc modlić z Pisma świętego. Można to robić również samemu. Wtedy w czasie, gdy w grupie następuje wymiana doświadczeń, pisze się swoje odkrycia i wrażenia w specjalnym zeszycie. Zdarza się, że dwie osoby w takiej sytuacji wymieniają swoje zeszyty, aby tak robić wymianę doświadczeń na odległość, tworząc w ten sposób pewną “dwuosobową grupę”.
Jedność pomiędzy modlitwą i życiem
Dobrym uzupełnieniem i kontynuacją wspólnego rozważania jest wybranie jednego zdania (albo jednego słowa jako streszczenia), które staramy się później realizować jako “Słowo Życia”. W ten sposób Słowo Boże, a więc sam Jezus, może najbardziej formować całe życie. Przypominanie sobie Jego słowa daje wierzącemu więcej siły do bardziej zdecydowanego realizowania woli Bożej w każdej chwili. Słowo Boże staje się żywe w człowieku, który w ten sposób w pewnym sensie kontynuuje życie Jezusa.
Wymiana doświadczeń w służbie jedności
Jeśli grupa spotyka się regularnie na wspólnym rozważaniu Pisma świętego, nie powinna zaniedbywać także wymiany doświadczeń związanych ze Słowem Życia. Dziękuje się przez to przede wszystkim Panu Bogu za łaski i dary otrzymane przez Jego słowo. Kto szanuje te łaski, otrzyma więcej... Wymiana doświadczeń jest bardzo mocnym sposobem dla stworzenia klimatu modlitwy. Ponadto świadectwo wiary może być największym darem dla brata, bo dać świadectwo znaczy dać samego siebie, dać Jezusa, który przez wiarę wstąpił w życie człowieka.

czwartek, 21 stycznia 2010

Środki wychowawcze

Środki wychowawcze


z książki:
Ralph Martin, Mężowie, żony, rodzicie, dzieci,
Kraków 1993, ss. 155 - 167



Wychowanie dzieci dla Pana obejmuje tak wiele zadań, że rodzice mogą czuć się trochę zniechęceni. ,,Od czego zacząć? Jak mogę nauczyć dzieci tych wszystkich rzeczy, jeśli mi tak trudno skłonić je do tego, by utrzymały porządek w swoim pokoju?”
Wychowanie dzieci według zasad biblijnych wymaga dużego wysiłku. A nasze wątpliwości co do własnych możliwości w tym zakresie są całkiem uzasadnione. Faktem jest jednak i to, że jako chrześcijańscy rodzice po prostu nie mamy wyboru. Jesteśmy jak apostołowie, którzy w sytuacji, gdy sowa Jezusa wydawały się zupełnie nie do przyjęcia, byli zmuszeni powiedzieć: Panie, do kogóż pójdziemy ? Ty masz słowa życia wiecznego (J 6,68).
Zastanawiając się nad poszczególnymi elementami, które składają się na wychowanie dzieci, nie powinniśmy zapominać, że nie jest wolą Boga, by odpowiedzialność tę rodzice nieśli samotnie. On sam chce być naszym pomocnikiem, chce udzielać nam siły i mądrości przez bezpośredni, osobisty kontakt z samym sobą. Chce także, byśmy w realizacji naszego zadania łączyli się z innymi chrześcijanami, pomagając sobie i wspierając się wzajemnie, dzieląc się mądrością i siłą.

W praktyce na wychowanie dzieci składają się trzy elementy: przykład, edukacja i karcenie. Żaden z nich nie przyniesie pożądanych efektów w oderwaniu od pozostałych. Karcenie jest wzmocnieniem dla przykładu i edukacji, bez nich jednak staje się destruktywne. Wyobraźmy sobie matkę, która uczy córkę szyć: nie wyjaśnia jej jednak niczego, lecz karci, ilekroć ta popełni błąd. Bardzo możliwe, że córka nie nauczy się nawet nawlekać igły, z całą jednak pewnością skumuluje się w niej wiele żalu i frustracji.

Jedność rodziców jest także istotna dla procesu uczenia się u dzieci. Kiedy mój syn John przyswajał sobie umiejętność samodzielnego ubierania się, Anna pracowała z nim każdego dnia ucząc go wykonywania poszczególnych czynności: „Teraz włóż spodenki. Teraz koszulkę”. Kiedy jednak mnie przychodziło ubierać Johna wyręczałem go we wszystkim, gdyż pokazanie, co ma robić, trwałoby pięć razy dłużej. Następnym razem John nie chciał już słuchać Anny. Prawdopodobnie spodziewał się, że później i tak wszystko za niego zrobię. Widząc, co się dzieje, zrozumieliśmy, że na przeszkodzie niezbędnej dziecku edukacji stoi brak jedności między nami, rodzicami. Była to sprawa błaha, dzięki niej zrozumieliśmy jednak - jakie konsekwencje może mieć brak jedności v sprawach poważniejszych.


Przykład

Żaden rodzic nie nauczy dzieci żyć według zasad, których nie stosuje we własnym życiu. Dzieci obserwują rodziców z bardzo bliska, a to, co widzą, ma na nie wielki wpływ. Jeżeli zachowanie rodziców jest sprzeczne z zasadami, które głoszą, dzieci nie traktują tych zasad poważnie.
Tylko nieliczni rodzice zdają sobie sprawę, jak bardzo dzieci wzorują się na ich zachowaniach. Jeden z moich znajomych przeżył szok słysząc z ust swego dziecka krytyczne uwagi w rodzaju tych, które wygłosił niegdyś pod adresem przyjaciela. Chciał nauczyć dzieci właściwego sposobu wyrażania się o innych ludziach, tymczasem jego własne postępowanie nauczyło je czegoś innego. To takie zachowania uczą dziecko, jak postępować. Dzieci potrafią wyciągać naukę z drobiazgów, z tego na przykład, co mówi tatuś, gdy uderzy się młotkiem w palec, albo mamusia, gdy ktoś zajedzie jej drogę.
Był taki moment, kiedy postanowiliśmy z Anną, że dzieci powinny nauczyć się pewnych podstawowych zasad zachowania przy stole, szczególnie mówienia „proszę” i „dziękuję”, gdy chcą, by im coś podać. Edukacje tę prowadziliśmy (ze zmiennym zresztą powodzeniem) już kilka tygodni, kiedy jedno z dzieci zadało pytanie: „Dlaczego dorośli nie mówią <> i <>?” Uświadomiliśmy sobie, że nie postępujemy według zasad, które próbowaliśmy wpoić dzieciom. Oczywiście powodowało to zamęt. Uczyć dzieci rzeczy nawet tak prostej jak to, by przy obiedzie „prosiły” o ziemniaki, mogliśmy tylko pod warunkiem, że najpierw sami damy dobry przykład.
Dzieci uczą się także z sytuacji poważniejszych. Wiedzą o ciosach, które spadają na rodzinę - wiedzą, że tatuś stracił pracę, że umarła ciocia, że mama choruje - i obserwują reakcje rodziców. Jeśli widzą strach - uczą się bać. Jeśli widzą przygnębienie - uczą się martwić. Czasami też obserwując niewłaściwą reakcję rodziców, same reagują zupełnie odwrotnie, prawdopodobnie na zasadzie samoobronnego tłumienia emocji. W każdym razie widząc u rodziców zaufanie do Boga, uczą się wiary. Z dobrym czy złym skutkiem uczy je i kształtuje zachowanie rodziców.
Wszystkie te uwagi odnoszą się, i to w większym nawet stopniu, do wychowania chrześcijańskiego. Chrześcijaństwo to nie tylko lista prawd, których można nauczyć się na pamięć. Chrześcijaństwem trzeba żyć i dzieci muszą to widzieć. Zewsząd słychać o dzieciach bardzo pobożnych rodziców, które wyrosły na najgorsze typy w okolicy. Kiedyś zapytałem człowieka pełniącego odpowiedzialne funkcje duszpasterskie, dlaczego tak liczne są tego rodzaju przypadki, szczególnie wśród dzieci osób, które trudnią się pracą duszpasterską. Zarówno on, jak i jego żona sami pochodzili z takiej rodziny, pomyślałem więc, że będą mieli na ten temat coś do powiedzenia. Człowiek ten odpowiedział: „W takich przypadkach często okazuje się, że rodzice spełniali swe zadania bez większego entuzjazmu. Może tatuś wygłosiwszy niedzielne kazanie, narzekał w domu na wiernych. Może rodzice skarżyli się i utyskiwali na swe obowiązki: <> albo < Jego żona dodała, że jej rodzice i dziadkowie kochając Pana, kochali także posługę, którą im zlecił. Cieszyli się, kiedy zostali wysłani na misje, cieszyli się, kiedy przychodziły trudności, cieszyli się, kiedy trzeba było pracować długie godziny bez wytchnienia. Oddawanie życia Panu było dla nich rzeczą radosną i tę radość oraz entuzjazm zaszczepili swoim dzieciom. Ich córka i wnuczka przejęła nie tylko intelektualne treści wiary, ale także ducha życia chrześcijańskiego.

Powyższa zasada sprawdziła się w życiu wielu rodzin chrześcijańskich. Od jednej z nich usłyszałem o tym, jak dwuletni chłopiec, spadając ze schodów, gdy tylko udało mu się chwycić poręczy, krzyknął: „Jezu, pomóż mi!” Rodzice nigdy wyraźnie mu nie mówili, by w niebezpieczeństwie zwracał się o pomoc do Jezusa, on jednak, widząc, że robią to w swoich kłopotach, poszedł za ich przykładem
Inna kobieta opowiadała, w jaki sposób podziałał na jej dzieci przykład codziennej osobistej modlitwy rodziców. Dzieci widziały, jak wiele znaczy dla rodziców taka modlitwa, i wzbudziło to ich ciekawość. Jeden z malców był tak zainteresowany, że ilekroć tatuś się modlił, on stawał w drzwiach i nie spuszczał z niego oka. Wkrótce dzieci zapytały, czy i one mogłyby się codziennie modlić i rodzice otrzymali sposobność ku temu, by rozpocząć stosowną edukację

Ponieważ przykład odgrywa w wychowaniu tak istotną rolę, jest rzeczą najwyższej wagi, by rodzice poddali się w pełni Panu i pozwolili Mu wychowywać i pouczać siebie tak, jak sami próbują wychowywać i pouczać dzieci. Jeśli dzieci zaobserwują u rodziców pozytywne skutki pójścia za Panem, same też zechcą się do Niego zbliżyć.
Jest w tym i nauka dla rodziców, którzy stronią od ściślejszych kontaktów z innymi chrześcijanami w Kościele czy grupie modlitewnej w przekonaniu, że im więcej czasu spędzą w domu, tym lepiej spełnią swą wychowawczą rolę. Tymczasem choć zdarzają się rodzice, którzy rzeczywiście zaniedbują swe rodziny i którzy powinni zrezygnować z pozadomowej działalności, zasadniczo pożądana tu jest pewna równowaga. Jeśli rodzice nie nawiążą niezbędnych kontaktów z innymi chrześcijanami, jeśli nie usłyszą wezwania do większego zaangażowania i posługi, jeśli nie otrzymają pouczeń i wskazań niezbędnych dla duchowego wzrostu, nie będą mieli zbyt wiele do zaoferowania swym dzieciom, bez względu na to, ile poświęcą im czasu. Rodzice, którzy chcą wychowywać swe dzieci dla Chrystusa, muszą sami zacząć dla Niego żyć.


Edukacja

Dzieci mogą w pełni korzystać z przykładu rodziców tylko wtedy, gdy wiedzą, co ten przykład oznacza i jakie ma zastosowanie w ich życiu. Każdego wieczoru dawaliśmy naszym dzieciom przykład systematyczności i wytrwałości w myciu zębów, jednak one same zaczęły myć zęby dopiero wówczas, gdy je nauczyliśmy, jak to się robi.
W Księdze Powtórzonego Prawa znajduje się kilka interesujących fragmentów, mówiących o uczeniu dzieci dróg i przykazań Pańskich. Mojżesz nakazuje ludowi izraelskiemu: Wpoisz je [słowa Pana] twoim synom, będziesz o nich mówił przebywając w domu, , czasie podróży, kładąc się spać i wstając ze snu. Przywiążesz je do twojej ręki jako znak. Niech one ci będą ozdobą przed oczami. Wypisz je na drzwiach swojego domu i na twoich bramach (Pwt 6,7-9).
Lud ma nie tylko powtarzać dzieciom słowo Boże, lecz także wyjaśniać im osobisty charakter przymierza z Panem: Gdy syn twój zapyta cię kiedyś: <>, odpowiedz swojemu synowi: <> (Pwt 6,20-21).
Wiedza o tym, jakie życie wskazał nam Pan, jest rzeczą wielkiej wagi i dlatego winniśmy ją pracowicie przekazywać naszym dzieciom. Nie jest oczywiście konieczne, byśmy w tym celu przeznaczyli jedno z pomieszczeń na klasę i odbywali w nim cotygodniowe zajęcia. Uczyć dzieci oznacza poświęcać czas na wyjaśnianie im tego, co sami praktykujemy, a czego one są świadkami. Jednak nawet to nie dzieje się automatycznie. Tłumaczenie, co robimy i dlaczego, dawanie świadectwa temu, co Bóg zdziałał w naszym życiu, wymaga świadomego wysiłku. Ucząc dzieci dróg Bożych możemy się posłużyć otoczeniem domowym - może nie dosłownie w sposób, jaki zaleca Księga Powtórzonego Prawa, lecz poprzez chrześcijańską muzykę i sztukę mówiące o Bogu i Jego przykazaniach.

Wspomniałem o dzieciach, które widząc codzienną modlitwę rodziców chciały pójść w ich ślady. Otóż na początku nie bardzo wiedziały, jak to robić. Chciały modlić się przez piętnaście, dwadzieścia minut, ale już po kilku minutach były znudzone. Kiedy poskarżyły się rodzicom, ci zrozumieli, że muszą nauczyć dzieci się modlić.
Matka usiadła na przykład z najstarszą, wówczas dwunastoletnią, dziewczynką i powiedziała: „Najpierw przez pięć do dziesięciu minut wychwalaj Pana i dziękuj Mu na glos, potem weź gitarę, zaśpiewaj parę piosenek, a na końcu pomódl się chwilę za konkretnych ludzi i w konkretnych sprawach”. Przez kilka dni towarzyszyła córce ucząc ją właściwie wykorzystywać czas przeznaczony na modlitwę. Wkrótce dwunastolatka prowadziła już dające jej dużo zadowolenia życie modlitewne, a jej więź z Bogiem stawała się z dnia na dzień ściślejsza.

Uczenie dzieci polega nie tylko na wyjaśnianiu im naszego pełniącego funkcję przykładu postępowania, lecz także na dostarczaniu informacji i prezentowaniu punktu widzenia, nieodzownych w procesie formowania chrześcijańskich postaw i chrześcijańskiej hierarchii wartości. Chrześcijańska edukacja ograniczająca się tylko do czasu spędzanego w kościele i na lekcjach religii okazuje się najczęściej nieskuteczna. Edukacja, której celem jest wychowanie dziecka na chrześcijanina, powinna trwać nieprzerwanie, wykorzystywać wszystkie wydarzenia codziennego życia. Już w bardzo wczesnym wieku dzieci widzą i doświadczają wielu rzeczy dla siebie niezrozumiałych. Widzą cierpienie, ból, niesprawiedliwość; spotykają się z okrucieństwem i odrzuceniem ze strony innych ludzi; często stają wobec dezorientujących uczuć wobec samych siebie i bliźnich.
Wszystko to wywiera na dzieci głęboki wpływ. Jeśli brak prowadzenia rodziców w tym, jak mają te doświadczenia rozumieć i jak na nie reagować, zaczynają je sobie tłumaczyć i radzić sobie z nimi o swojemu. Wnioski, do jakich dochodzą o własnych tylko siłach, są najczęściej podyktowane strachem lub własnym interesem a nie wymaganiami Bożej prawdy.
Jest więc niezwykle istotne, by edukację dzieci mającą na celu ukształtowanie postaw i hierarchii wartości rozpocząć możliwie wcześnie. Wiedzę tę po większej części można przekazać w sposób nieformalny, w rozmowie. Jednym z najlepszych sposobów jest po prostu inwestowanie czasu w nawiązanie z dziećmi dobrej komunikacji.
W pewnej znanej mi rodzinie każdej kolacji z założenia towarzyszy dyskusja o wydarzeniach na świecie, wydarzeniach towarzyskich i mych ważnych sprawach. Dzięki temu dzieci mają okazję podzielić się swymi poglądami, a potem od rodziców usłyszeć opinię sformułowaną według kryteriów prawdy chrześcijańskiej. Niektórzy rodzice wydzielają raz w tygodniu każdemu dziecku specjalny czas. Pewien ojciec na przykład w każdą sobotę spędza godzinę z jednym ze swych dwóch synów, w niedzielę zaś godzinę z drugim.

Przekonaliśmy się, że szczególnie dobrą okazją, by porozmawiać z dziećmi, jest pora kładzenia ich spać. Ilekroć to możliwe spędzamy wtedy z nimi parę chwil dyskutując o wydarzeniach dnia. Gdy John miał około pięciu lat, odkryliśmy, że łatwiej mu mówić o swoich przeżyciach, jeśli go zapytać: „Co cię dzisiaj zasmuciło? Co było dzisiaj przyjemnego?” Jego odpowiedzi rzadko bywały wstrząsające - pięciolatka może uszczęśliwić jazda na trzykołowym rowerku. Zdarzało się jednak, że dzięki tym pytaniom otwierał się i mówił o rzeczach poważniejszych.
Najstarsza córka, odmienny charakter, zwykle pozostawiała takie pytania bez odpowiedzi. Na przeciwności reaguje ona raczej gniewem niż smutkiem. Pewnego wieczoru wybuchnęła: „Nic nie było dzisiaj przyjemnego, ale coś mnie bardzo zdenerwowało!” Teraz w rozmowie z nią posługujemy się takim właśnie pytaniem. Otrzymaliśmy także szansę nauczenia jej, jak radzić sobie z gniewem w sposób konstruktywny.
Pewnego wieczoru John powiedział, że jest smutny, ponieważ ktoś w szkole nie chce się z nim przyjaźnić. Jako że również odrzucenie można i należy przyjąć po chrześcijańsku, skorzystałem ze sposobności, by syna czegoś nauczyć. John potrzebował usłyszeć, że jest wart miłości, że kocham go ja, kocha go mama, że kochają go inni koledzy. Potrzebował zrozumieć, że ludzie mówią sobie czasami okrutne rzeczy i że, choć to bolesne, nie należy się załamywać. Potrzebował usłyszeć, że może przebaczyć temu chłopcu, że nic nie stoi na przeszkodzie, by jeszcze kiedyś zawarł z nim przyjaźń, jednocześnie nie mając już złudzeń co do tego, jak ludzie czasem się nawzajem traktują.

Niektórzy eksperci od wychowania dzieci zalecają rodzicom, by wysłuchiwali je w sposób bierny powstrzymując się od dawania rad. Ma to umożliwić dzieciom samodzielne rozwiązywanie własnych problemów. Jeśli jednak rodzice chcą, by dzieci nauczyły się dochodzić do Bożych rozwiązań, bez żadnych obaw powinni dawać im nauki i rady.
Czas przeznaczony na rozmowę z dziećmi można również wykorzystać na edukację w zakresie podstawowych prawd chrześcijańskich. Nawet małe dzieci często pytają o Boga i sprawy ostateczne. Czasem niełatwo im odpowiedzieć. ,,jaki duży jest Bóg?”; „Dlaczego mówimy do Jezusa, skoro Go nie widzimy?”; „W jaki sposób Jezus może być jednocześnie Bogiem i człowiekiem?”; „Gdzie jest niebo?’. Ochłonąwszy z pierwszego wrażenia i wezwawszy pomocy w krótkiej modlitwie, rodzic zwykle potrafi znaleźć proste wytłumaczenie, które zaspokajając ciekawość dziecka jest także dla niego krokiem na drodze poznania Boga.
Okazało się, że moje dzieci potrafią zrozumieć proste wyjaśnienia dotyczące Trójcy świętej, Bożej sprawiedliwości, zmartwychwstania ciała. Co więcej, czerpią z tego prawdziwie chrześcijańską radość - na przykład ze świadomości, że chrześcijanin nie musi bać się śmierci. Wiedza ta wpływa na ich życie już teraz, dzięki niej widzą codzienne wydarzenia w innej perspektywie.

W miarę jak rodzice coraz lepiej komunikują się z dziećmi i stają się coraz wrażliwsi na sytuacje sprzyjające ich kształtowaniu, pojawia się ku temu wiele niespodziewanych okazji. Pewnego wieczoru siedziałem pomiędzy dziećmi z czasopismem ręku. Na jednej ze stronic natrafiliśmy na fotografię głodujących azjatyckich dzieci. „Co to za ludzie?” - padło pytanie. ,To małe dzieci - odpowiedziałem. - Są biedne i nie mają co jeść”. Dzieci oczywiście chciały wiedzieć, dlaczego, i wkrótce już rozmawialiśmy o nędzy, cierpieniu i niesprawiedliwości, o tym, jak tej sytuacji chce zaradzić Bóg, i roli, jaka przypada nam, chrześcijanom.

Pewnej znanej mi kobiecie nadarzyła się okazja udzielenia córce ważnej lekcji, kiedy poszły razem kupić oprawki do nowych okularów. W wyborze oprawki pozostawiła tej dwunastoletniej dziewczynce dużą swobodę. Uznała też, że córka zrobiła z tej możliwości dobry użytek wybierając oprawkę mocną i estetyczną zarazem. Zapłaciła więc i miała zamiar wyjść ze sklepu, gdy nagle zauważyła, że dziewczynka jest smutna. ,,O co chodzi, Sharon?” - Pytała Jak się okazało, Sharon wydawało się, że mamie nie podobała się oprawka, gdyż niewiele o niej powiedziała Kiedy matka wyjaśniła, że jej zdaniem oprawka jest bardzo dobra, sprawa wydawała się zamknięta. Jednak w drodze do domu Sharon znowu posmutniała, tym razem z powodu koleżanki, która jechała z nimi samochodem i którą, zresztą bezpodstawnie, podejrzewała, że myśli o niej coś złego Teraz dopiero matka zrozumiała, na czym polega prawdziwy problem - córce należało wyjaśnić, że nie wszystkie jej domysły na temat tego, co myślą inni ludzie, są słuszne.
Korzystając z okazji wytłumaczyła córce, że łatwo można się oszukać, że często padamy ofiarą naszych własnych obaw i uprzedzeń, a nawet podstępów szatana. Z jednej strony podkreśliła, że Sharon dobrze zrobiła mówiąc o swoich podejrzeniach (dzięki temu dowiedziała się prawdy), z drugiej zaś, że powinna mieć bardziej krytyczny stosunek do własnych odczuć.

Takie okazje mogą wykorzystać tylko rodzice, którzy rzeczywiście słuchają swoich dzieci. Rodzice powinni być wyczuleni na ich wewnętrzne problemy kryjące się za słowami i postępowaniem. Najczęściej dorosłym szkoda czasu na słuchanie dzieci i dlatego tracą tak wiele okazji ku temu, by im pomóc. Na domiar złego dzieci, które czują, że rodzice ich nie słuchają, zwykle w ogóle przestają do nich mówić.
Do tej pory zajmowałem się edukacją nieformalną, okazjonalną. Jest jednak również miejsce na edukację starannie zaplanowaną. Rodzice, którzy chcą nauczyć dziecko pewnych praktycznych umiejętności, nie mogą czekać na pojawienie się odpowiedniej okazji Jeśli dziecko ma w przyszłości umieć coś ugotować lub naprawić, muszą się przygotować na dłuższą pracę ze swoim uczniem.



Pewien młody człowiek opowiadał mi, że kiedy dorastał, rodzice często zlecali mu trudne prace niewiele dbając o to, by mu wpierw pokazać, jak należy je wykonywać. Kiedy na przykład chcieli, by pomalował ogrodzenie, ograniczyli się do wręczenia mu farby i pędzla. Oczywiście chłopiec nigdy nie wypełniał dobrze postawionych mu zadań i stopniowo utwierdzał się w poczuciu własnej nieudolności.
Człowiek ten miał okazję zetknąć się z zupełnie innym podejściem do problemu, kiedy przez rok mieszkał u chrześcijańskiej rodziny, w której rodzice dużym nakładem czasu i energii uczyli dzieci, jak mają należycie wykonywać swoje obowiązki. Nie żałowali czasu na zastanowienie się, jakie zajęcie będzie najbardziej odpowiednie dla dziecka - co sprawi mu satysfakcję nie przekraczając możliwości. Nie żałowali czasu na wyjaśnienie, dlaczego każda z prac jest ważna, dzięki czemu dzieci widziały sens swoich wysiłków Nie żałowali też czasu na pokazanie, jak należy ją wykonać Nie poprzestawali na jednorazowym wyjaśnieniu, lecz ‘pracowali z każdym dzieckiem przez kilka pierwszych tygodni, aż do czasu, kiedy radziło już sobie samo.

Znacznie łatwiej i szybciej zrobić coś samemu, niż kogoś tego nauczyć A jednak właściwie prowadzona nauka ma dla dziecka ogromne znaczenie. Nie wzrasta w poczuciu własnej nieudolności, uczy się swoje obowiązki wykonywać dobrze i znajduje w tym zadowolenie.
Planowa edukacja może być także bardzo pomocna w przypadku uporczywych problemów wychowawczych W tych sytuacjach jest szczególnie istotne, by rodzice zjednoczyli swe wysiłki. Muszą ze sobą rozmawiać o tym, czego się dziecko powinno nauczyć i w jaki sposób najlepiej ten cel osiągnąć.


Pewne małżeństwo miało wielkie problemy z odżywianiem się kilkunastoletniej córki. Dzień w dzień wracając ze szkoły dziewczynka kupowała sobie słodycze i w rezultacie do obiadu siadała zupełnie bez apetytu. Rodzice zabronili jej wstępować do sklepu, ale właściwie bez skutku. Zaczęli się więc wspólnie zastanawiać nad tym, co robić dalej.

Doszli między innymi do wniosku, że powinni uświadomić córce, jakie są potrzeby jej organizmu w zakresie odżywiania. Jednym z powodów jej nieposłuszeństwa było to, że nie rozumiała, dlaczego jedzenie samych tylko cukierków może być szkodliwe. Poświęcili więc sporo czasu na wyjaśnienie dziewczynce, jakich pokarmów potrzebuje jej organizm i jakie mogą być skutki ignorowania tych potrzeb. Informacje te były dla niej zupełną nowością i skłoniły ją do przezwyciężenia złego nawyku.

Sam pomysł uczenia dzieci, czy to w sposób nieformalny czy bardziej systematyczny, może się wydać niektórym rodzicom dziwny. Ktoś powie: „Nikt mnie nie uczył pedagogiki”; „Nie jestem katechetą”; „Posyłam dzieci do szkoły - to nie moja sprawa”. Tymczasem rodzice są odpowiedzialni przed Bogiem za edukację dzieci i odpowiedzialności tej nie wolno im oddawać ślepo w inne ręce. Nie wszystko należy do nich - pewną rolę odgrywają szkoła, Kościół, harcerstwo, treningi sportowe itp. Jednak wiedza najbardziej istotna, kształtująca osobowość dziecka, jego sposób myślenia i stosunek do Boga, powinna przyjść od rodziców. Rodzice, którzy decydują się wziąć na siebie ten obowiązek, powinni zwrócić się do Pana oraz swych braci i sióstr w Chrystusie o pomoc w jego wypełnieniu.


Pociecha, pociecha, pociecha....


2 Kor 1, 3-5

Błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, Ten, który nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga. Jak bowiem obfitują w nas cierpienia Chrystusa, tak też wielkiej doznajemy przez Chrystusa pociechy.

Pociecha, pociecha, pociecha. Najczystsze Żródło Pociechy. Serce Twe Jezu, miłością goreje! A nasze serca...

środa, 20 stycznia 2010

Jemu zależy na mnie...



1 P 5, 5b-7

Wszyscy wobec siebie wzajemnie przyobleczcie się w pokorę, Bóg bowiem pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje. Upokórzcie się więc pod mocną ręką Boga, aby was wywyższył w stosownej chwili. Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was.

Jak to dobrze, mieć świadomość, że ze wszystkich, Tobie, Panie Boże zależy na mnie najbardziej. Dziękuję :) Aha, bylebym nie zapomniał być pokornym ;)

Jestem kochany...




Rz 8, 35. 37

Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował.

Kocham i jestem kochany, więc nie muszę się bać! :)

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Twoje słowo rozkoszą i radością



Jr 15, 16

Ilekroć otrzymywałem Twoje słowa, pochłaniałem je, a Twoje słowo stawało się dla mnie rozkoszą i radością serca mego. Bo imię Twoje zostało wezwane nade mną, Panie, Boże Zastępów.

- Bardziej niż pokarmu ziemskiego potrzebuję Twego słowa, bo ono mówi mi o Twojej miłości do mnie.

- Zanieś je innym, niech i oni uwierzą. To mówi Bóg: Czyż może niewiasta
zapomnieć o swym niemowlęciu,
ta, która kocha syna swego łona?
A nawet, gdyby ona zapomniała,
Ja nie zapomnę o tobie. Iz 49,15

- Dziękuję za to słowo, Panie

- Przyjmuj je jak lekarstwo na chorobę duszy. Będziesz miał w sobie radość pochodzącą ode Mnie. Ja ci pokaże, że moje słowo jest jak miód. Jak słodka jest dla mego podniebienia Twoja mowa, ponad miód słodsza dla ust moich (Ps 119, 103)

niedziela, 17 stycznia 2010

LIST JEGO ŚWIĄTOBLIWOŚCI BENEDYKTA XVI NA ROZPOCZĘCIE ROKU KAPŁAŃSKIEGO Z OKAZJI 150. ROCZNICY DIES NATALIS ŚWIĘTEGO PROBOSZCZA Z ARS




Drodzy bracia w kapłaństwie,

Pomyślałem o ogłoszeniu oficjalnie Roku Kapłańskiego, w piątek 19 czerwca 2009 r., w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jest to dzień poświęcony tradycyjnie modlitwie o uświęcenie kapłanów. Jest on również związany ze 150 rocznicą „dies natalis” – dnia urodzin dla nieba Jana Marii Vianneya, patrona wszystkich proboszczów świata[1]. Ów rok, który pragnie przyczynić się do krzewienia zapału wewnętrznej odnowy wszystkich kapłanów na rzecz silniejszego i bardziej wyrazistego świadectwa ewangelicznego we współczesnym świecie zakończy się w tę samą uroczystość w roku 2010. Święty proboszcz z Ars zwykł był mawiać: „Kapłaństwo to miłość Serca Jezusowego”[2]. To wzruszające wyrażenie pozwala nam nade wszystko przywołać z sympatią i uznaniem ogromny dar, jaki stanowią kapłani nie tylko dla Kościoła, lecz także dla samej ludzkości. Myślę o tych wszystkich księżach, którzy chrześcijanom i całemu światu przedstawiają pokorną i codzienną propozycję słów i gestów Chrystusa, starając się do Niego przylgnąć swymi myślami, wolą, uczuciami i stylem całego swego istnienia. Jakże nie podkreślić ich trudu apostolskiego, niestrudzonej i ukrytej służby, ich miłości pragnącej być uniwersalną? Cóż powiedzieć o odważnej wierności tak wielu kapłanów, którzy także pośród trudności i nieporozumień pozostają wierni swemu powołaniu: by być „przyjaciółmi Chrystusa”, szczególnie przez Niego powołanymi, wybranymi i posłanymi?

Sam nadal noszę w sercu wspomnienie pierwszego proboszcza, u boku którego wypełniałem mą posługę jako młody ksiądz. Pozostawił mi przykład bezwzględnego poświęcenia swej posłudze kapłańskiej, aż do śmierci, która zastała go w chwili, gdy niósł wiatyk do ciężko chorego. Przypominam sobie wielu współbraci, których spotkałem i spotykam nadal, także podczas mych podróży duszpasterskich w różnych krajach, wielkodusznie zaangażowanych w codzienne wypełnianie swej posługi kapłańskiej. Jednakże wyrażenie użyte przez Świętego Proboszcza przywołuje także przebicie Serca Chrystusa i oplatającą Go koronę cierniową. W konsekwencji myśl biegnie ku niezliczonym sytuacjom cierpienia, w które uwikłani są liczni kapłani, czy to z racji uczestnictwa w różnych przejawach doświadczenia ludzkiego bólu, czy też ze względu na niezrozumienie tych, do których skierowana jest ich posługa. Jakże nie wspomnieć tak wielu księży znieważonych w swej godności, którym uniemożliwiono wypełnianie swej misji, niekiedy również prześladowanych, aż do najwyższego świadectwa krwi?





Istnieją niestety także nigdy nie dość opłakane sytuacje, w których sam Kościół musi cierpieć ze względu na niewierność niektórych swych sług. Świat zaś w takich sytuacjach czerpie z nich motywy zgorszenia i odrzucenia. To, co w takich przypadkach może najbardziej przynieść korzyść Kościołowi, to nie tyle pedantyczne ujawnianie słabości swych sług, ile odnowiona i radosna świadomość wielkości Bożego daru, skonkretyzowanego we wspaniałych postaciach wielkodusznych duszpasterzy, zakonników żarliwych miłością Boga i dusz, światłych i cierpliwych kierowników duchowych. Pod tym względem nauczanie i przykład św. Jana Marii Vianneya mogą być dla wszystkich istotnym punktem odniesienia. Proboszcz z Ars był niezwykle pokorny. Lecz jako kapłan był świadomy, że jest dla swych wiernych ogromnym darem: „Dobry pasterz, pasterz według Bożego serca jest największym skarbem jaki dobry Bóg może dać parafii i jednym z najcenniejszych darów Bożego miłosierdzia”[3]. Mówił o kapłaństwie, tak jakby nie mógł się przekonać o wielkości daru i zadania powierzonego ludzkiemu stworzeniu: „Oh jakże kapłan jest wielki!.. Gdyby pojął siebie, umarłby... Bóg jest mu posłuszny: wypowiada dwa słowa, a na jego głos Nasz Pan zstępuje z nieba i zawiera się w małej hostii...”[4]. Wyjaśniając swym wiernym znaczenie sakramentów mówił: „Gdyby zniesiono sakrament święceń, nie mielibyśmy Pana. Któż Go złożył tam, w tabernakulum? Kapłan. Kto przyjął waszą duszę, gdy po raz pierwszy wkroczyła w życie? Kapłan. Kto ją karmi, by dać siłę na wypełnienie jej pielgrzymki? Kapłan. Któż ją przygotuje, by pojawiła się przed Bogiem, obmywając ją po raz ostatni we Krwi Jezusa Chrystusa? Kapłan, zawsze kapłan. A jeśli ta dusza umiera ze względu na grzech, kto ją wskrzesi, kto da jej ciszę i pokój? Znów kapłan... Po Bogu, kapłan jest wszystkim!... On sam pojmie się w pełni dopiero w niebie”[5]. Stwierdzenia te, zrodzone z kapłańskiego serca Świętego Proboszcza mogą się wydawać przesadne. Mimo to ujawnia się w nich niezwykły szacunek, jakim darzył on sakrament kapłaństwa. Zdawał się przytłoczony nieograniczonym poczuciem odpowiedzialności: „Gdybyśmy dobrze zrozumieli czym jest ksiądz na ziemi, umarlibyśmy: nie z przerażenia, lecz z miłości... Bez księdza śmierć i męka Naszego Pana nie służyłaby do niczego. To ksiądz kontynuuje na ziemi dzieło zbawienia... Na co zdałby się dom pełen złota, gdyby w nim nie było nikogo, kto otworzyłby nam doń drzwi? Ksiądz ma klucze do skarbów niebieskich: to on otwiera bramę: on jest ekonomem dobrego Boga; zarządcą Jego dobór... Zostawicie parafię na dwadzieścia lat bez księdza, zagnieżdżą się w niej bestie... Ksiądz nie jest kapłanem dla siebie, jest nim dla was”[6].

Dotarł do Ars, małej wioski, w której mieszkało 230 osób. Biskup ostrzegł go, że zastanie tam niełatwą sytuację religijną: „Nie ma w tej parafii wielkiej miłości Boga; będzie z tym ksiądz miał do czynienia”. Był więc w pełni świadom, że miał tam ucieleśniać obecność Chrystusa świadcząc o Jego zbawczej delikatności: „[Boże mój], daj mi nawrócenie mojej parafii; gotów jestem cierpieć wszystko co zechcesz Panie, przez całe me życie!” - to z tą właśnie modlitwą rozpoczynał swą misję[7]. Nawróceniu swojej parafii Święty Proboszcz poświęcił się z całych sił, myśląc nade wszystko o chrześcijańskiej formacji powierzonego mu ludu.

Drodzy bracia w kapłaństwie, prośmy Pana Jezusa o łaskę nauczenia się metody duszpasterskiej świętego Jana Marii Vianeya! Przede wszystkim powinniśmy się nauczyć jego całkowitej identyfikacji ze swą posługą. W Jezusie osoba i misja dążą do zbieżności: całe Jego działania zbawcze było i jest wyrazem Jego „synowskiego Ja”, które od wszystkich wieków stoi przed Ojcem w postawie miłosnego poddanie się Jego woli. Z pokorną, lecz prawdziwą analogią, także kapłan powinien pragnąć tego utożsamienia. Nie chodzi rzecz jasna, by zapominać, że substancjalna skuteczność posługi nie zależy od świętości szafarza; nie można jednak lekceważyć niezwykłej owocności rodzącej się ze spotkania obiektywnej świętości posługi z subiektywną świętością jej szafarza. Proboszcz z Ars natychmiast rozpoczął ową pokorną i cierpliwą pracę harmonizowania swego życia szafarza ze świętością powierzonej mu posługi, decydując się na „zamieszkanie” nawet materialne w swym kościele parafialnym: „Zaledwie przybył wybrał kościół na swe mieszkanie...Wchodził do kościoła przed jutrzenką i nie wychodził aż do wieczornej modlitwy «Anioł Pański». Tam trzeba go było szukać, jeśli się go potrzebowało” - czytamy w jego pierwszej biografii[8].



Pobożna przesada nabożnego hagiografa nie powinna nakłaniać nas do przeoczenia faktu, że Święty Proboszcz potrafił także aktywnie „zamieszkiwać” na całym terytorium swojej parafii: systematycznie odwiedzał chorych i rodziny: organizował misje ludowe i święta patronalne; zbierał i rozporządzał pieniędzmi na swe dzieła charytatywne i misyjne; upiększał swój kościół i obdarzał go wyposażeniem sakralnym; zajmował się sierotami z założonego przez siebie instytutu „Providence” oraz ich wychowawczyniami; interesował się wykształceniem dzieci; tworzył konfraternie i wzywał świeckich do współpracy.

Jego przykład skłania mnie do uwydatnienia przestrzeni współpracy, które należy coraz bardziej rozszerzać na wiernych świeckich. Prezbiterzy tworzą z nimi jeden lud kapłański[9] i pośród nich się znajdują na mocy swego kapłaństwa służebnego „by prowadzili wszystkich do zjednoczenia w miłości, «miłością braterską nawzajem się miłując, w okazywaniu czci jedni drugich uprzedzając» (Rz 12,10)”[10]. W tym kontekście trzeba przypomnieć żarliwe wezwanie jakie II Sobór Watykański kieruje do prezbiterów, zachęcając ich, „by szczerze uznawali i popierali godność świeckich i właściwy im udział w posłannictwie Kościoła... oraz by chętnie słuchali świeckich, rozpatrując po bratersku ich pragnienia i uznając ich doświadczenie i kompetencję w różnych dziedzinach ludzkiego działania, by razem z nimi mogli rozpoznać znaki czasów”[11].




Święty Proboszcz pouczał swoich parafian świadectwem swego życia. Z jego przykładu wierni uczyli się modlitwy, chętnie pozostając przed tabernakulum, by odwiedzić Jezusa Eucharystycznego[12]. „Nie trzeba wiele mówić, by dobrze się modlić – wyjaśniał im Proboszcz– „Wiadomo, że tam, w świętym tabernakulum jest Jezus: otwórzmy Mu serce, radujmy się Jego świętą obecnością. To jest najlepsza modlitwa”[13]. Zachęcał: „Bracia moi, przyjdźcie do Komunii, przyjdźcie do Jezusa. Przyjdźcie by Nim żyć, abyście z Nim mogli żyć...”[14]. „To prawda, że nie jesteście tego godni, ale Jego potrzebujecie!”[15]. Takie wychowanie wiernych do obecności eucharystycznej i do Komunii zyskiwało szczególną skuteczność, kiedy wierni widzieli jak celebruje Najświętszą Ofiarę Mszy św. Ten, kto w niej uczestniczył, mówił, że „nie można było znaleźć osoby, która mogłaby lepiej wyrażać adorację...jak zakochany kontemplował Hostię”[16]. Mówił, że „wszystkie nagromadzone dobre dzieła nie mogą się równać ofierze Mszy św., ponieważ są one dziełami ludzi, podczas gdy Msza św. jest dziełem Boga”[17]. Był przekonany, że od Mszy św. zależy cała żarliwość życia kapłańskiego: „Przyczyną rozprzężenia kapłana jest to, że nie zwraca uwagi na Mszę św.! O mój Boże, jakże trzeba żałować księdza, który odprawia tak, jakby czynił coś zwyczajnego![18]. Celebrując zwykł był zawsze ofiarowywać także ofiarę swego życia: „Jak dobrze czyni ksiądz, dając siebie Bogu w ofierze każdego ranka!”[19].

To osobiste utożsamienie z Ofiarą Krzyżową prowadziło go – jednym poruszeniem wewnętrznym - od ołtarza do konfesjonału. Kapłani nigdy nie powinni poddawać się rezygnacji, gdy widzą, że nikt nie przychodzi do konfesjonału, czy też ograniczać się do stwierdzenia, że wierni nie są zainteresowani tym sakramentem. We Francji w czasach Świętego Proboszcza spowiedź nie była ani łatwiejsza ani też częstsza niż dzisiaj, biorąc pod uwagę, że rewolucyjna zawierucha na długo przytłumiła praktykę religijną. On jednak starał się na wszelki sposób, przez kaznodziejstwo i przekonującą radę, by swym parafianom umożliwić odkrycie znaczenia i piękna sakramentalnej Pokuty, ukazując ją jako wewnętrzny wymóg Obecności eucharystycznej. Potrafił dać w ten sposób początek kompleksowej poprawie stanu wiary. Przebywając długo w kościele przed tabernakulum wierni zaczęli go naśladować, udając się tam, by nawiedzić Jezusa. Byli równocześnie pewni, że spotkają tam swego proboszcza, gotowego ich wysłuchać i udzielić rozgrzeszenia. Później narastał tłum penitentów przybywających z całej Francji. Przetrzymywali go w konfesjonale aż do 16 godzin dziennie. Mówiono wówczas, że Ars stało się „wielkim szpitalem dusz”[20]. „Uzyskiwana przez niego łaska (by nawracali się grzesznicy) była tak mocna, że wybiegała, by ich szukać nie dając im chwili wytchnienia!”- powiada pierwszy biograf [21]. Nie inaczej odczuwał to Święty Proboszcz, gdy mówił: „To nie grzesznik powraca do Boga, by prosić Go o przebaczenie, lecz sam Bóg, który biegnie za grzesznikiem i sprawia, że zwraca się on do Niego”[22]. „Ów dobry Zbawiciel jest tak pełen miłości, że wszędzie nas szuka”[23].




Wszyscy my, kapłani powinniśmy odczuwać, że osobiście dotyczą nas te słowa, które umieszczał w ustach Chrystusa: „Polecę moim szafarzom, żeby głosili grzesznikom, że jestem gotów zawsze ich przyjąć, że moje miłosierdzie jest nieskończone”[24]. Od Świętego Proboszcza z Ars my, kapłani możemy nauczyć się nie tylko niewyczerpanej ufności w Sakrament Pokuty, która każe nam umieszczać go w centrum naszej troski duszpasterskiej, lecz także metody „dialogu zbawienia”, który powinien w nim mieć miejsce. Proboszcz z Ars w różny sposób podchodził do poszczególnych penitentów. Ten, kto przychodził do jego konfesjonału, pociągnięty wewnętrzną i pokorną potrzebą Bożego przebaczenia odnajdywał w nim zachętę do zanurzenia się w „potoku Bożego miłosierdzia”, który porywa ze sobą wszystko swym impetem. A jeśli ktoś był zgnębiony myślą o swej słabości i niestałości, lękając się przyszłych upadków, Proboszcz ujawniał mu Boży sekret słowami wzruszającego piękna: „Dobry Bóg zna wszystko. Jeszcze zanim się wyspowiadacie, już wie, że będziecie nadal grzeszyć, a mimo wszystko wam przebacza. Jakże wielka jest miłość naszego Boga, która posuwa się aż do chęci zapomnienia o przyszłości, żeby nam przebaczyć!”[25] Natomiast tym, którzy oskarżali się w sposób obojętny i niemal nieczuły swymi własnymi łzami przedstawiał poważne i bolesne dowody, jak bardzo postawa taka była „wstrętna”: „Płaczę, bo wy nie płaczecie”[26]- mówił. „Gdyby chociaż Pan nie był tak dobry! Ale jest tak dobry! Trzeba być barbarzyńcą, żeby tak się zachowywać wobec tak dobrego Ojca!”[27]. Sprawiał, że w sercach ludzi obojętnych rodziła się skrucha, zmuszając ich do dostrzeżenia na własne oczy cierpienia Boga z powodu grzechów, niemal „ucieleśnionego” na twarzy spowiadającego ich kapłana. Tym natomiast, u których dostrzegał pragnienie i zdolność do głębszego życia duchowego, otwierał głębię miłości, wyjaśniając trudne do wyrażenia piękno możliwości życia zjednoczonego z Bogiem, w Jego obecności: „Wszystko przed Bożymi oczyma, wszystko z Bogiem, by podobać się Bogu ...Jakie to piękne!”[28]. I uczył ich się modlić: „O mój Boże, daj mi łaskę, bym Cię miłował, na ile jest to możliwe, bym Cię kochał”[29].



Proboszcz z Ars potrafił w swoim czasie przekształcać serce i życie tak wielu osób, gdyż udało się mu ukazać im miłosierną miłość Pana. Także w naszych czasach potrzebne jest podobne przepowiadanie i świadectwo prawdy miłości: Bóg jest miłością (1 J 4,8). Przez sakramenty i słowo swego Jezusa Jan Maria Vianney potrafił budować swój lud, pomimo, że często drżał, przekonany o swojej osobistej niewystarczalności, tak bardzo że wiele razy chciał zrezygnować z kierowania parafią, bo czuł się niegodny. Mimo to przykładnie posłuszny zawsze pozostawał na swoim stanowisku, gdyż pożerała go apostolska pasja o zbawienie dusz. Starał się całkowicie przystawać do swego powołania i misji, poprzez surową ascezę: „Wielkim nieszczęściem dla nas proboszczów – ubolewał święty - jest to, że dusza wpada w stan odrętwienia”; rozumiał przez to niebezpieczne oswojenie się duszpasterza ze stanem grzechu czy indyferentyzmu, w którym żyje tak wiele jego owieczek[30]. Powściągał ciało, przez czuwania i posty, aby nie stawiało przeszkód jego kapłańskiej duszy. Nie unikał umartwienia siebie dla dobra powierzonych mu dusz oraz by przyczynić się do wynagrodzenia tak wielu grzechów wysłuchanych na spowiedzi. Wyjaśniał współbratu w kapłaństwie: „Powiem tobie jaką mam receptę: daję grzesznikom niewielką pokutę, a resztę czynię za nich sam”[31]. Ponad konkretne pokuty którym poddawał się Proboszcz z Ars ma dla nas wszystkich znaczenie istota jego nauczania: dusze zostały nabyte drogocenną krwią Chrystusa zaś kapłan nie może poświęcić się ich zbawieniu, jeśli odmawia osobistego uczestnictwa w „wielkiej cenie” odkupienia.

We współczesnym świecie, podobnie jak w trudnych czasach Proboszcza z Ars trzeba, żeby kapłani wyróżniali się w swoim życiu i działaniu mocnym ewangelicznym świadectwem. Słusznie zauważył Paweł VI: „człowiek naszych czasów chętniej słucha świadków, aniżeli nauczycieli; a jeśli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami”[32]. Aby nie zrodziła się w nas pustka egzystencjalna i nie została narażona skuteczność naszej posługi, trzeba byśmy się pytali ciągle na nowo: „Czy jesteśmy naprawdę przeniknięci Słowem Bożym? Czy jest ono doprawdy pokarmem, którym się posilamy, bardziej niż chleb i sprawy tego świata? Czy naprawdę je znamy? Czy je miłujemy? Czy troszczymy się wewnętrznie o to Słowo do tego stopnia, aby rzeczywiście odciskało się ono na naszym życiu i kształtowało nasze myślenie?”[33]. Tak jak Jezus powołał Dwunastu, aby z Nim byli (por. Mk 3,14) i dopiero następnie wysłał ich, by głosili Ewangelię, tak i w naszych czasach kapłani są powołani do „przyswojenia” sobie owego „nowego stylu życia”, zapoczątkowanego przez Pana Jezusa, który realizowali właśnie Apostołowie[34].




Właśnie owo przywarcie bez zastrzeżeń do tego „nowego stylu życia” charakteryzowało zaangażowanie duszpasterskie Proboszcza z Ars. Papież Jan XXIII w opublikowanej w roku 1959 z okazji setnej rocznicy śmierci św. Jana Marii Vianneya encyklice Sacerdotii nostri primordia, przedstawiał jego ascetyczny charakter, zwracając szczególną uwagę na zagadnienie „trzech rad ewangelicznych”, uznanych za konieczne także dla kapłanów: „Jeśli dla osiągnięcia owej świętości życia, rady ewangeliczne nie są nakazane mocą samego stanu duchownego, to jednakże służą im one, podobnie jak wszystkim wiernym, jako normalna droga do osiągnięcia chrześcijańskiego uświęcenia”[35]. Proboszcz z Ars potrafił żyć „radami ewangelicznymi” w sposób stosowny do swego stanu kapłańskiego. Jego ubóstwo nie było takie jak zakonnika czy mnicha, lecz takie, jakiego wymaga się od księdza: pomimo zarządzania znacznymi sumami pieniędzy (pamiętajmy, że bardziej majętni pielgrzymi interesowali się jego dziełami charytatywnymi), wiedział, że wszystko ofiarowano jego kościołowi, ubogim, sierotom, dziewczętom z jego „Providence”[36] i rodzinom najuboższym. Dlatego „był bogaty, by dawać innym, a bardzo ubogi dla siebie”[37]. Wyjaśniał: „Mój sekret jest prosty: dawać wszystko i niczego nie trzymać dla siebie”[38]. Kiedy miał puste ręce, zwracającym się do niego ubogim mówił zadowolony: „Dziś jestem biedny, tak jak wy, jestem jednym z was”[39]. Mógł w ten sposób stwierdzić u kresu życia z całkowitym spokojem: „Nie mam już nic (...). Dobry Bóg może mnie teraz wezwać kiedy zechce!”[40]. Również jego czystość była taką, jakiej wymaga się od księdza dla jego posługi. Można powiedzieć, że była to czystość właściwa dla tego, który habitualnie powinien dotykać Eucharystii i habitualnie patrzy na nią z całą żarliwością serca i z tą samą żarliwością daje ją swoim wiernym. Powiadano o nim, że „w jego spojrzeniu jaśniała czystość” a wierni dostrzegali to, gdy zwracał się ku tabernakulum oczyma zakochanego[41]. Również posłuszeństwo św. Jana Marii Vianeya wyrażało się całkowicie w pełnym przylgnięciu do codziennych wymogów swej posługi. Znana jest historia, gdy był dręczony myślą o swojej nieadekwatności do posługi parafialnej i chęcią ucieczki „by opłakiwać samotnie swe biedne życie”[42]. Jedynie posłuszeństwo i pasja zbawienia dusz zdołały go przekonać, by pozostał na swym miejscu. Sobie i wiernym wyjaśniał: „Nie ma dwóch dobrych sposobów służenia Bogu. Jest tylko jeden jedyny: służyć Jemu tak, jak On chce, by Mu służono”[43]. Wydawało się mu, że złota reguła życia posłusznego jest następująca: „Czynić jedynie to, co może być ofiarowane dobremu Bogu”[44].

W kontekście duchowości karmiącej się praktyką rad ewangelicznych cieszę się, że mogę skierować do kapłanów, w tym dedykowanym im roku szczególną zachętę: by potrafili pojąć nową wiosnę, którą Duch rozbudza w naszych dniach w Kościele, nie na poślednim miejscu poprzez nowe ruchy kościelne i nowe wspólnoty. „Duch jest różnorodny w swoich darach...Tchnie tam gdzie chce. Czyni to nieoczekiwanie, w miejscach nieoczekiwanych i w formach wcześniej niewyobrażalnych... ale ukazuje nam także, że działa On mając na względzie jedno Ciało i że działa w jedności jedynego Ciała”[45]. Pod tym względem ważna jest wskazówka dekretu Presbyterorum ordinis: „Badając duchy, czy pochodzą od Boga, (kapłani) niech w duchu wiary odkrywają różnorodne charyzmaty świeckich, zarówno małe jak i wielkie, niech je z radością uznają, z troskliwością popierają”[46]. Dary takie, które popychają wielu do doskonalszego życia duchowego mogą przynieść korzyść nie tylko wiernym świeckim, ale i samym szafarzom. Z komunii między kapłanami a charyzmatami może rzeczywiście wypływać „cenny impuls do odnowionego zaangażowania Kościoła w głoszenie Ewangelii nadziei i miłości i dawanie jej świadectwa we wszystkich zakątkach świata”[47]. Chciałbym też dodać, odwołując się do adhortacji apostolskiej Pastores dabo vobis papieża Jana Pawła II, że posługa kapłańska ma radykalną „formę wspólnotową” i może być wypełniona tylko w komunii kapłanów ze swym biskupem[48]. Trzeba, aby ta komunia między kapłanami a także ze swym biskupem, mająca swe podstawy w sakramencie święceń i przejawiająca się w koncelebracji eucharystycznej, wyrażała się w różnych konkretnych formach rzeczywistego i afektywnego braterstwa kapłańskiego[49]. Tylko w ten sposób kapłani będą umieli żyć w pełni darem celibatu i będą zdolni do sprawiania, by rozkwitały wspólnoty chrześcijańskie, w których powtarzane są cuda pierwszego przepowiadania Ewangelii.

Dobiegający końca rok św. Pawła kieruje także naszą myśl ku Apostołowi Narodów, w którym jaśnieje przed naszymi oczyma wspaniały wzór kapłana, całkowicie „oddanego” swej posłudze. Jak pisze: „miłość Chrystusa przynagla nas, pomnych na to, że skoro Jeden umarł za wszystkich, to wszyscy pomarli” (2 Kor 5,14). Dodał jeszcze: „za wszystkich umarł po to, aby ci, co żyją, już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał” (2 Kor, 5,15). Jaki lepszy program można by zaproponować kapłanowi starającemu się o rozwój na drodze doskonałości chrześcijańskiej?




Drodzy kapłani, uroczystości 150 rocznicy śmierci św. Jana Marii Vianneya następują bezpośrednio po dopiero co zakończonych obchodach 150 rocznicy objawień w Lourdes (1858). Już w 1959 r. papież Jan XXIII zauważył: „Krótko przed zakończeniem przez św. Proboszcza z Ars pełnego niebiańskich zasług życia, w innej okolicy Francji ukazała się Ona niewinnej i pokornej dziewczynce, by przez nią macierzyńskim upomnieniem wezwać ludzkość do modlitwy i chrześcijańskiej pokuty; a dostojny Jej głos, do dziś poruszający dusze mimo upływu wieku, dźwięczy długo i szeroko jakby w nieskończoność. W rzeczy samej czyny i słowa kapłana, wyniesionego do czci Świętych, którego setną rocznicę obchodzimy, jakby jakimś uprzedzającym niebiańskim światłem oświetliły nadprzyrodzone prawdy, które objawione zostały w grocie w Lourdes niewinnej dziewczynce. On sam żywił wielkie nabożeństwo do Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Dziewicy, w r. 1836 poświęcił kościół parafialny Maryi Niepokalanie Poczętej, a w r. 1854 uczuciami najgłębszej czci i radości witał dogmat katolicki, który tę prawdę nieomylnym orzeczeniem zdefiniował”[50]. Święty Proboszcz zawsze przypominał swoim wiernym „Jezus Chrystus, dawszy nam wszystko, co mógł nam dać, pragnie nas jeszcze uczynić dziedzicami tego co ma najcenniejsze, to znaczy swojej Najświętszej Matki”[51].

Najświętszej Dziewicy zawierzam ten rok kapłański, prosząc Ją by wzbudziła w duszy każdego kapłana wielkoduszne odnowienie owych ideałów całkowitego oddania się Chrystusowi i Kościołowi, które inspirowały myśl i działanie Świętego Proboszcza z Ars. Swym żarliwym życiem modlitwy i gorącą miłością Jezusa Ukrzyżowanego Jan Maria Vianney posilał swe codzienne bezwarunkowe powierzenie się Bogu i Kościołowi. Oby jego przykład wzbudził w kapłanach owe tak bardzo dziś jak i zawsze potrzebne świadectwo jedności z biskupem, między sobą oraz z wiernymi świeckimi. Niezależnie od istniejącego w świecie zła, zawsze rozbrzmiewa jakże aktualne słowo Chrystusa do swoich apostołów w Wieczerniku: „Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat” (J 16,33). Wiara w Boskiego Nauczyciela da nam siłę, byśmy z ufnością spoglądali w przyszłość. Drodzy kapłani, Chrystus na was liczy. Idąc za przykładem Świętego Proboszcza z Ars, pozwólcie się Jemu zdobyć a staniecie się również wy, we współczesnym świecie posłańcami nadziei, pojednania i pokoju!



Z moim Błogosławieństwem Apostolskim

W Watykanie, dnia 16 czerwca 2009 roku



BENEDICTUS PP. XVI



[1]. Ogłosił go takim Papież Pius XI w roku 1929

[2]. „Le Sacerdoce, c'est l'amour du coeur de Jésus” ( w: B. Nodet, Le curé d'Ars. Sa pensée – Son coeur. Présentée par l'Abbé Bernard Nodet, éd. Xavier Mappus, Paris 1995, p.5). Dalej: Nodet. Wyrażenie to cytuje także Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1589.

[3] NODET, s. 101

[4] Ibid, s. 97

[5] Ibid., s. 98-99

[6] Ibid, s. 98-100.

[7] Ibid, s. 183

[8] MONNIN A., Il Curato d’Ars. Vita di Gian-Battista-Maria Vianney, vol. I, ed. Marietti, Torino 1870, 122

[9] Por. Lumen gentium, 10

[10] Presbyterorum ordinis, 9

[11] Tamże

[12] “Kontemplacja jest spojrzeniem wiary, utkwionym w Jezusa Chrystusa. «Wpatruję się w Niego a On wpatruje się w mnie» mówił w czasach swego świętego proboszcza wieśniak z Ars, modląc się przed tabernakulm” (Katechizm Kościoła Katolickiego n. 2715).

[13] NODET, s. 85

[14] NODET, s. 114

[15] Ibid., s. 119

[16] Por. MONNIN A., dzieło cytowane II, ss. 430 nn

[17] NODET, s. 105

[18] Ibid., s. 105

[19] Ibid., s. 104

[20] Monnin A., dzieło cytowane II, s. 293

[21] tamże, II, s. 10

[22] NODET, s. 128

[23] Ibid., s. 50

[24] Ibid., s. 131

[25] Ibid., s. 130

[26] Ibid., s. 27

[27] Ibid., s. 139

[28] Ibid., s. 28

[29] Ibid., s. 77

[30] Ibid., s. 102

[31] Ibid., s. 189

[32] Evangelii nuntiandi, 41.

[33] BENEDYKT XVI, Homilia podczas Mszy św. Krzyżma, 9.04.2009

[34] por. BENEDYKT XVI, Przemówienie do Sesji Plenarnej Kongregacji ds. Duchowieństwa, 16.03.2009

[35] P.I.

[36] Nazwał tak dom, gdzie sprawił, że przyjmowano ponad 60 porzuconych dziewcząt. Aby go utrzymać, był gotów na wszystko “Podjąłem wszelkie wyobrażalne kroki” – mawiał ze śmiechem (NODET, s. 214)

[37] NODET, s. 216

[38] Ibid., s. 215

[39] Ibid., s. 216

[40] Ibid., s. 214

[41] Por. Ibid., s. 112

[42] Por. Ibid., ss. 82-84; 102-103

[43] Ibid., s. 75

[44] Ibid., s. 76

[45] BENEDYKT XVI, Wigilia Zesłania Ducha Świętego, 3.06.2006

[46] N.9.

[47] BENEDYKT XVI, Przemówienie do Biskupów przyjaciół Ruchu Focolari i Wspólnoty św. Idziego, 8.02.2007

[48] Por. n.17.

[49] por. JAN PAWEŁ II. Adhort. Ap. Pastores dabo vobis, 74

[50] Encyklika Sacerdotii nostri primorida, 1959

[51] NODET, s. 244.


© Copyright 2009 - Libreria Editrice Vaticana

piątek, 15 stycznia 2010

Tylko budujące słowa!



Ef 4, 29-32

Niech nie wychodzi z waszych ust żadna mowa szkodliwa, lecz tylko budująca, zależnie od potrzeby, by wyświadczała dobro słuchającym. I nie zasmucajcie Bożego Ducha Świętego, którym zostaliście opieczętowani na dzień odkupienia. Niech zniknie spośród was wszelka gorycz, uniesienie, gniew, wrzaskliwość, znieważanie - wraz z wszelką złością. Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni. Przebaczajcie sobie, tak jak i Bóg wam przebaczył w Chrystusie.

Tak, codziennie z mowy muszę sobie robić rachunek sumienia! Tylko budujące słowa! Tylko dobro słuchających jest ważne. Żadne inne słowa!

czwartek, 14 stycznia 2010

Twoje słowo jest lampą dla moich stóp


Iz 66, 1-2

Tak mówi Pan: Niebiosa są moim tronem, a ziemia podnóżkiem nóg moich. Jakiż to dom możecie Mi wystawić i jakież miejsce dać Mi na mieszkanie? Przecież moja ręka to wszystko uczyniła i do Mnie należy to wszystko - mówi Pan. Ale Ja patrzę na tego, który jest biedny i zgnębiony na duchu i który z drżeniem czci moje słowo.

Czcić słowo z drżeniem... Być biednym, pokornych. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzenie i obciążeni jesteście a ja was pokrzepię. Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem.

Porusz moje serce, Panie jak poruszyłeś serca tamtych idących do Emaus. Wyjaśniałeś im co w Pismach było o Tobie. O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia...

Już wiem o co chodzi... Dziękuję, Panie.

środa, 13 stycznia 2010

Uwielbiam Cię, bo Ty ukochałeś mnie

http://www.youtube.com/watch?v=QDXn4x14wBg - posłuchajcie :) warto

W każdej chwili uwielbiaj Pana





Tb 4, 15a. 16a.
18a. 19a

Czym sam się brzydzisz, nie czyń tego nikomu. Udzielaj twego chleba głodnemu, a szat swoich użycz nagim. Szukaj rady u każdego mądrego. W każdej chwili uwielbiaj Pana Boga i proś Go, aby drogi twoje były proste i aby doszły do skutku wszystkie twoje zamiary i pragnienia.


Uwielbiaj w każdej chwili Pana a każdego bliźniego, który ci się "nawinie" będziesz kochał Bożą miłością!

wtorek, 12 stycznia 2010

Prześwietl mnie, Panie


Rz 13, 11b. 12-13a

Teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu. Noc się posunęła, a przybliżył się dzień. Odrzućmy więc uczynki ciemności, a przyobleczmy się w zbroję światła. Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień.

"Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności".

Niech każdy mój czyn płynie z czystej intencji miłowania Ciebie...

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Nie zniechęcajcie się w czynieniu dobrze




2 Tes 3, 10b-13

Kto nie chce pracować, niech też nie je. Słyszymy bowiem, że niektórzy wśród was postępują wbrew porządkowi: wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi. Tym przeto nakazujemy i napominamy ich w Panu Jezusie Chrystusie, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli. Wy zaś, bracia, nie zniechęcajcie się w czynieniu dobrze.

Nie zniechęcajcie się w czynieniu dobrze. Duch zniechęcenia może pochodzić od Boga tylko wtedy gdy czynię źle, ale jeżeli idę za głosem Boga - nie powinienem się poddać duchowi złemu, który chce mnie zniechęcić. A im więcej dobra mam zamiar zrobić tym bardziej zły duch chce mnie zniechęcić! Tak więc głowa do góry! Nie upadajmy na duchu!

niedziela, 10 stycznia 2010

Bóg posłał Jezusa, by opatrywał, leczył...



Iz 61, 1-2a

Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, abym głosił dobrą nowinę ubogim, bym opatrywał rany serc złamanych, żebym zapowiadał wyzwolenie jeńców i więźniom swobodę; abym obwieszczał rok łaski Pańskiej.

Jeśli jestem ubogi w duchu, będę szukał dobrej nowiny u Chrystusa jak "tonący łapiący się brzytwy". Może dobrze, że czasami tonę, bo wtedy mogę krzyknąć jak Piotr: Panie, ratuj!

"Rany serc złamanych"? No tak, ich jest wiele. Lecz je, Panie Jezu!

Za każdego wyzwolonego w sakramencie pojednania, dziękuję Ci, Panie!

sobota, 9 stycznia 2010

Nie daj się "zmarnować" :)


Iz 49, 8b-9a

Ustanowiłem cię przymierzem dla ludu, aby odnowić kraj, aby rozdzielić spustoszone dziedzictwa, aby rzec więźniom: "Wyjdźcie na wolność!" A marniejącym w ciemnościach: "Ukażcie się!"

Może siedzisz w ciemności grzechu :( Nie daj się "zmarnować"! Wyjdź do Światła! "Ja jestem Światłością świata. Kto idzie za MNą nie będzie chodził w ciemności".

piątek, 8 stycznia 2010

LIST PASTERSKI Biskupów Metropolii Szczecińsko-Kamieńskiej na Niedzielę Chrztu Pańskiego 10 stycznia 2010 roku

Czytania mszalne: Wersja A: Iz 42, 1-4, 6-7; Dz 10, 34-38; Łk 3, 15-16, 21-22.

Drodzy Bracia - Kapłani,
Bracia i Siostry - członkowie wspólnot życia konsekrowanego,
Umiłowany Ludu Boży Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej, Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej i Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej!

1. Na drogach Bożego Słowa

Silnie brzmi dzisiejsze słowo Boże o Mesjaszu. To na Nim spoczął Duch Pana. To od Niego narody będą przyjmować Prawo. Cała Ziemia wyczekuje Jego pouczeń. Ten upragniony Sługa Pana każdemu z ludzi da nową szansę, nad każdym się pochyli. Tylko On się nie zniechęci, aż utrwali Prawo na Ziemi. Wiemy dobrze, że chodzi tu o Osobę Jezusa Chrystusa, umiłowanego Syna Przedwiecznego Ojca. To On bowiem chrzci nas od tylu pokoleń Duchem Świętym i ogniem. Ten dar chrztu przekazany został również naszemu pokoleniu. Trzeba tylko ten dar przyjąć z wdzięcznością i odpowiedzieć nań wiarą przyobleczoną w nasz czyn. To nieustanne zadanie Wspólnoty Kościoła, w której także ja i Ty mamy swój istotny udział. Z gotowością podejmujemy dlatego kolejne szanse, jakie Duch Boży nam ukazuje, zapraszając do współpracy w odnowie oblicza naszej Ziemi. Dla przykładu w najbliższych dniach stają przed nami szczególne intencje modlitewne, związane z Dniem Judaizmu w Kościele katolickim (w niedzielę 17 stycznia) oraz z Tygodniem Modlitw o jedność chrześcijan (od 18 do 25 stycznia).

Umiłowani.
Pośrodku tych modlitw przeżywać też będziemy Wydarzenie szczególne, jakim dla wszystkich trzech diecezji naszej Metropolii, czyli dla Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej, dla Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej oraz dla Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej, staje się - wpisana w program Roku Kapłańskiego - wspólnie zorganizowana Pielgrzymka kapłanów do katedry Gorzowskiej, do grobu Sługi Bożego biskupa Wilhelma Pluty - wielkiego Pasterza terenu całej naszej Metropolii, wówczas funkcjonującej kanonicznie jako administratura. Podczas tej pielgrzymki rozpoczęte też zostanie Wydarzenie bez precedensu na naszych Ziemiach, którym stanie się Pierwszy Synod Metropolitalny.

2. Synod Metropolitalny drogą ludzi wiary
Dar wiary, który otrzymaliśmy, wymaga nieustannego rozwoju i pogłębiania. Wszyscy jesteśmy więc zaproszeni przez Chrystusa do wędrowania drogami, po których chce nas dzisiaj prowadzić Duch Święty. Mimo iż dróg tych jest tyle, ilu jest uczniów Chrystusa, to wszystkie one w Kościele ukierunkowane są na osiągnięcie zasadniczego celu, jakim jest wprowadzanie Bożego ładu w sprawy tej ziemi oraz zbawienie wieczne każdego człowieka.
Istotną pomocą w odczytywaniu tych dróg i natchnień są w Kościele od wieków synody. Synody są zwoływane i odprawiane we wspólnocie diecezjalnej, gdy tego wymagają potrzeby duszpasterskie, mogą być zwoływane przez kilka sąsiednich diecezji, tworzących jedną metropolię, dla podjęcia wspólnych dla tych diecezji tematów, mogą też być zwoływane synody plenarne dla terytorium Konferencji Episkopatu. Nieco odrębnym wydarzeniem są też zwoływane przez Ojca Świętego specjalne Synody Biskupów, dla przemodlenia i rozważenia określonego tematu, ważnego dla całego Kościoła. Dzieło Synodalne w Kościele wyrasta zawsze z naszego zawierzenia Duchowi Świętemu i z naszej woli poddania się Jego natchnieniom. Na to Dzieło składa się zawsze wspólnotowa modlitwa oraz wspólnotowa praca intelektualna duchownych i świeckich, zorganizowanych w odpowiednie Komisje. Owocem takiego Dzieła staje się większa świadomość wszystkich wiernych w odniesieniu do naszych duchowych potrzeb oraz duszpasterskich możliwości współdziałania z Bożą łaską. Istotne tezy teologiczne oraz założenia organizacyjne dotyczące dalszego życia całej Wspólnoty są zbierane w odpowiednim końcowym dokumencie.
W ostatnich dziewięciu miesiącach kilkanaście już razy podejmowaliśmy, zarówno w gronie Biskupów naszej Metropolii jak też w gronie ekspertów, kwestię przeprowadzenia Synodu dla całej naszej Metropolii. Decyzję formalną o zwołaniu Synodu podjęliśmy na Spotkaniu w Zielonej Górze, w dniu 19 listopada. Tę decyzję niniejszym zgodnie dzisiaj ogłaszamy w naszych trzech Diecezjach, prosząc wszystkich Was zarówno o modlitwę w intencji Synodu, jak też o aktywny udział w pracach Komisji i Zespołów synodalnych. Zamierzeniem naszym jest, aby Synod Metropolitalny podjął, wobec Boga rozważył i na przyszłość rozstrzygnął tylko najważniejsze sprawy, wspólne dla wszystkich trzech diecezji. Przede wszystkim chodzi nam o wspólne duchowe dziedzictwo naszego Regionu, sięgające przecież ustanowionej w roku tysięcznym Diecezji w Kołobrzegu oraz ponad tysiąc lat temu zasianego w naszą ziemię świadectwa wiary pierwszych polskich męczenników z Międzyrzecza, a także utrwalającej wiarę chrześcijańską na Pomorzu misji św. Ottona. Ważne też jest zebranie świadectwa o posłudze Kościoła katolickiego na naszych ziemiach poprzez całe dzieje tej ziemi, a szczególnie w minionych sześćdziesięciu pięciu latach, poczynając od przywrócenia polskich struktur duszpasterskich Kościoła katolickiego w roku 1945. Cała nasza Metropolia praktycznie była bowiem ujęta w jedną, niezwykle rozległą strukturę duszpasterską administratury gorzowskiej aż do roku 1972, gdy kanonicznie powstały nasze diecezje, zaś od roku 1992 współtworzymy już jedną Prowincję kościelną, czyli Metropolię. Również profil socjologiczny i gospodarczy naszych diecezji ma wiele cech wspólnych. Ta wspólnota dziejów to ważny dla nas aspekt historyczny i religijno-społeczny. W ramach synodu metropolitalnego chcemy także rozpoznać i uzgodnić istotne obszary duszpasterskie, które na przyszłość będą przez nas wspólnie podejmowane i przeprowadzane. Taką potrzebę dostrzegamy m.in. w trosce o sanktuaria na naszej ziemi, o programy formacji teologicznej duchowieństwa oraz osób świeckich, w sprawach pomocy rodzinie, a także w innych obszarach. Sprawy bardziej szczegółowe będą następnie rozważane samodzielnie przez każdą z diecezji w ramach synodów diecezjalnych. W tym celu wznowiony będzie synod Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej oraz zwołane zostaną, decyzją Księży Biskupów, synody w diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej oraz Koszalińsko-Kołobrzeskiej.
Niezwykłą i istotną dla duchowości całej naszej Metropolii postacią minionego pokolenia jest mądry, świątobliwy i niezwykle gorliwy Pasterz tej ziemi, dzisiaj już Sługa Boży Biskup Wilhelm Pluta. Bieżący rok jest setnym od jego urodzin. Dnia 22 stycznia przypada natomiast dokładna rocznica odejścia do Pana tego wielkiego Pasterza. Z tych racji, podczas wspomnianej pielgrzymki kapłańskiej, właśnie w Gorzowie Wielkopolskim, u grobu Sługi Bożego, wraz z modlitwą o łaskę jego beatyfikacji, zostanie uroczyście otwarty Pierwszy Synod Metropolii Szczecińsko-Kamieńskiej. Na to Wydarzenie bardzo serdecznie zapraszamy kapłanów, członków instytutów życia konsekrowanego i wszystkich Was – Drodzy Siostry i Bracia - wierni świeccy. Synod ten jest tym większym wydarzeniem, że po zakończeniu drugiego Soboru Watykańskiego jest to dopiero drugi w Polsce synod metropolitalny. Pierwszym i dotychczas jedynym był bowiem Synod metropolii krakowskiej, odbyty na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.

3. Przewidywane prace synodu
Synod to nie tylko spotkania modlitewne oraz dyskusje wąskiego grona ekspertów, pracujących w Komisjach nad problemami i nadziejami naszego Kościoła. Będą to także odrębne Sesje otwarte, z udziałem wszystkich, pragnących się włączyć w dzieło tego Synodu. Przez chrzest wszyscy zostaliśmy bowiem włączeni do wspólnoty Kościoła. Dzięki bierzmowaniu staliśmy się w mocy Ducha św. odpowiedzialni za cały Kościół, a bardziej konkretnie za wspólnotę diecezjalną, parafialną, także za małe wspólnoty i grupy duszpasterskie, a przede wszystkim za własną rodzinę i za samych siebie. Dlatego prosimy wszystkich Was Siostry i Bracia o zaangażowanie się w dzieło Synodu. Może to polegać na wyrażaniu swoich propozycji, na bezpośrednim zaangażowaniu się w prace Komisji i Zespołów synodalnych, a także na wyrażaniu opinii co do projektów regulacji synodalnych. Przewidujemy także w odpowiednim czasie tzw. niedziele synodalne, w które zechcemy dotrzeć z tematyką synodalną do wszystkich uczestniczących w niedzielnej Eucharystii. Chcielibyśmy, by kolejne Sesje Plenarne mogły się odbywać w najważniejszych ośrodkach życia religijnego naszej Metropolii, w tym w Koszalinie, Kołobrzegu, Zielonej Górze, Kamieniu Pomorskim i w Szczecinie. Zamknięcie Synodu przewidujemy nie później niż za trzy lata, chociaż mamy świadomość, że będzie to zależało od wielu czynników.

4. Poddajmy się tchnieniu Ducha Świętego
Biorąc pod uwagę złożoność rozpoczynanego przez nas Dzieła, podkreślamy wartość najbardziej cennego udziału w Synodzie, jakim obok wielorakich prac będzie modlitwa w intencji Synodu. Bardzo prosimy o ten dar nie tylko od osób chorych i cierpiących, ale dosłownie od wszystkich, którym sprawy Kościoła na naszych ziemiach nie są obojętne. Wszyscy poddajmy się więc tchnieniu Ducha Świętego.
Umiłowani.
Czując naszą duchową odpowiedzialność przed Bogiem za każdą i za każdego z Was, na ten szczególny czas Synodu Metropolitalnego, który może stać się czasem duchowej i duszpasterskiej szansy całego naszego Regionu, wszystkich trzech diecezji, jako Wasi Biskupi, zapraszając do udziału we wszystkich synodalnych pracach i modlitwach, z serca udzielamy Wam pasterskiego błogosławieństwa w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Arcybiskup Andrzej Dzięga – Metropolita Szczecińsko-Kamieński

Biskup Stefan Regmunt – Biskup Zielonogórsko-Gorzowski

Biskup Edward Dajczak – Biskup Koszalińsko-Kołobrzeski


Szczecin – Gorzów – Koszalin.
Dnia 05 stycznia 2010 roku, w Wigilię Uroczystości Objawienia Pańskiego.

Ten, który ocaleje będzie nazwany świętym...

Iz 4, 2-3

W owym dniu Odrośl Pana stanie się ozdobą i chwałą, a owoc ziemi przepychem i pięknem dla ocalałych z Izraela. I będzie tak: Ten, kto pozostał żywy na Syjonie i który się ostał w Jeruzalem, każdy będzie nazwany świętym i wpisany do księgi życia w Jeruzalem.

Dlaczego wielu z nas nie chce by mówiono o nas święty? Taka moda? Taka skromność? Tylko święci mogą stanąć przed Najświętszym...

czwartek, 7 stycznia 2010

Jeśli będziesz przyjacielem Pana Jezusa - staniesz się prorokiem dla innych

Mdr 7, 26-27

Mądrość jest odblaskiem wieczystej światłości, zwierciadłem bez skazy działania Boga, obrazem Jego dobroci. Jedna jest, a wszystko może, pozostając sobą, wszystko odnawia, a przez pokolenia zstępując w dusze święte, wzbudza przyjaciół Bożych i proroków.

Pan Jezus mówi: bądź moim przyjacielem, a Ja cię poślę do ludzi jako proroka.

środa, 6 stycznia 2010

Św. Jan Vianney o Komunii świętej

O Komunii świętej

Pan Jezus powiedział: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię Moje (J I6,23b). Czy kiedykolwiek przyszłoby nam do głowy prosić Boga, aby dał nam swojego własnego Syna? Bóg uczynił jednak to, co człowiekowi nawet się nie śniło. To, czego człowiek nie byłby w stanie sam wymyślić ani nie ośmieliłby się wypowiedzieć, Bóg w swojej miłości wymyślił, wypowiedział i zrealizował. Czy odważylibyśmy się prosić Boga, aby wydał za nas na śmierć swojego Syna i aby dał nam Jego Ciało do spożywania i Krew do picia? Gdyby to wszystko nie było prawdą, czy człowiek mógłby wymyślić coś, czego Bóg nie byłby w stanie uczynić? Czyż potrafiłby posunąć się w miłości dalej niż sam Bóg? To wykluczone.
Bez Eucharystii nie istniałoby szczęście na ziemi, życie nasze byłoby czymś nieznośnym. Kiedy przyjmujemy Komunię, otrzymujemy radość i szczęście.
Dobry Bóg, pragnąc oddać się nam w sakramencie miłości, obdarzył nas tak wielkimi pragnieniami, które tylko ON SAM potrafi zaspokoić. Wobec tak wspaniałego sakramentu jesteśmy jak człowiek umierający z pragnienia na brzegu strumienia (a wystarczyłoby tylko nachylić głowę), jak żebrak siedzący u wrót otwartego skarbca (a wystarczyłoby tylko sięgnąć ręką).
Człowiek przyjmujący Komunię świętą zanurza się w Bogu jak kropla wody wpadająca do oceanu. Nie sposób ich już potem rozdzielić. Gdybyśmy się nad tym zaczęli zastanawiać, całą wieczność moglibyśmy rozważać przepaść tej miłości.
W dniu Sądu ujrzymy blask uwielbionego Ciała Pana Jezusa w uwielbionych ciałach tych, którzy za życia na ziemi godnie przyjmowali je w Komunii, podobnie jak widać bryłki złota w grudce miedzi albo srebro w bryle ołowiu.
Gdyby po Komunii ktoś zapytał cię: „Co zabierasz ze sobą do domu?" możesz [bez wahania] odpowiedzieć: „Zabieram niebo". Pewien święty powiedział kiedyś, że jesteśmy żywym tabernakulum. To prawda, lecz brakuje nam wiary. Nie pojmujemy własnej godności. Odchodząc nakarmieni od Stołu Pańskiego, moglibyśmy czuć się tak szczęśliwi jak trzej królowie, gdyby dane im było zabrać ze sobą Dzieciątko Jezus, któremu [oni] przyszli oddać pokłon.
Weźcie butelkę szlachetnego trunku i dobrze ją zakorkujcie, a uda się wam zachować trunek na długo. Podobnie, jeśli po Komunii będziecie umieli trwać w skupieniu, jeszcze długo potem będzie¬cie czuć w sercu ów trawiący ogień, który będzie skłaniał was ku czynieniu dobra i budził wstręt do złego.
Kiedy przyjmujemy Boga do serca, po¬winno ono zapłonąć [miłością]. Czyż ser¬ca uczniów w drodze do Emaus nie pałały na sam głos Jego nauk?
Nie podoba mi się, gdy ktoś zaraz po Komunii zabiera się do czytania swoje¬go modlitewnika. Na co zdadzą się słowa ludzkie, kiedy w tej chwili przemawia do nas sam Pan Bóg? Trzeba w tej chwili uważnie się w Niego wsłuchiwać, gdyż Bóg stoi na progu naszego serca i chce do nas mówić.
Po Komunii świętej czujecie, że wasze dusze są oczyszczone, że zanurzają się w miłości Bożej. Czujecie coś niezwykłego, spokój rozchodzi się po całym ciele i dociera do samych jego krańców. Skąd jest ten pokój? Pan udziela się wszystkim członkom naszego ciała i sprawia, że czujecie wewnętrzne poruszenie. Nic innego nie wypada w takiej chwili powiedzieć, jak tylko to, co rzekł Jan: To jest Pan! (J 21,7). Żal mi tych, którzy po Komunii nie czują absolutnie niczego.

Zdjęcia z naszego Spotkania Opłatkowego

 

 

 

 
Posted by Picasa